Najnowsze wpisy

ZEPSUTY SKUTER, PUSTY BAK I NOC W GÓRACH. MAJORKA DZIEŃ 1. CZĘŚĆ 2


Nie czytałeś część pierwszej części? Zajrzyj tu!

Podjeżdżamy pod kolejną atrakcję na naszej liście. Z racji straty czasu, omijamy kilka punktów i lądujemy w Campanet Coves. Jaskinie te są jednymi z wielu takich miejsc na Majorce. Stąd już mamy prostą drogę do Pollença, a z niej na Cap de Formentor. Liczymy więc, że spędzimy tu godzinę, a później 20 minut i będziemy w Port de Pollença na obiedzie. 


BRAK KLUCZYKÓW OD SKUTERA

Zamykamy wszystko zbędne rzeczy w bagażnikach i już idziemy w stronę jaskiń, kiedy Kamil spostrzega brak kluczyków do skutera. Musiały mu wypaść. Nie mogły odlecieć daleko, bo raptem chwilę temu zaparkowaliśmy. Rozglądamy się więc dookoła parkingu. Nie ma ich.


Przetrząsamy kieszenie. Torby. Bagażnik dziewczyn. Ręczniki. Kolejny raz kieszenie i jeszcze raz torby. Nie ma. Zniknęły. 


Nikt ich nie ukradł, to jest pewne. Parking przy jaskiniach jest niewielki. Nie odeszliśmy od skuterów nawet na kilka kroków, poza tym niewiele pojazdów stoi tu zaparkowanych. 

Powoli domyślamy się, gdzie mogą być. Zostały najprawdopodobniej zamknięte w naszym bagażniku. Żeby go otworzyć potrzeba klucza do stacyjki. Tego właśnie klucza, który leży w zamkniętym bagażniku. 

Kolejne 40 minut tracimy na wyciągnięcie go, które kończy się najgorszym. Uszkodzeniem klapy bagażnika. 

150 euro kaucji świdruje w mojej głowie, kiedy po długich próbach naprawy, decydujemy się szukać mechanika. To nasza jedyna nadzieja. Skutery musimy oddać nazajutrz wieczorem. 


Dwójka z nas jedzie do miasteczka położonego nieopodal, gdy reszta siedzi na murku przy jaskiniach i czeka na dobre wieści. Mija kolejna godzina. Teraz już śmiało można mówić, że zbliża się wieczór. 

Dobre wieści nie nadchodzą. Okazuje się, że w tych rejonach wszystko już pozamykane. Wiele mechaników otwartych było tylko do sjesty. Uzgadniamy, że jutrzejszy poranek przeznaczymy na znalezienie mechanika, który naprawi bagażnik oraz na wymianę uszkodzonego kasku w wypożyczalni w Palmie.

Droga prowadząca na Cap de Formentor.

Po jaskiniach jedziemy dalej do Pollença, miasta znanego z labiryntów uliczek, a później kierujemy się na Cap de Formentor, niesamowitego przylądku z równie niecodziennym widokiem. Planujemy skoczyć tam na Cala Figuera, podobno jednej z najpiękniejszych plaż Majorki.

Słońce chyli się ku horyzontowi, gdy podjeżdżamy pod górę i znowu wijemy się slalomem. Wszyscy mamy dosyć gór na dzień dzisiejszy. Zatrzymujemy się więc na początku trasy na Cap de Formentor, by porobić zdjęcia, a następnie zjeżdżamy do Port de Pollenca na zasłużoną kolację.

Widok na Port de Pollença.

Już doskonale wiemy, że będziemy wracać po ciemku. Spacerujemy trochę po porcie, jemy pyszną tortillę z serem, popijając ją świeżo wyciskanym sokiem pomarańczowym i mrożoną kawą – swoją drogą najpyszniejszą, jaką piliśmy na Majorce. Nie da się ukryć, że Port de Pollença jest pierwszym tak zaludnionym miejscem, które dzisiaj odwiedzamy. Nasza droga prowadziła w większości przez cudowne, wyludnione wsie, tak odległe od kurortu w którym się teraz znajdujemy. 

Nie pasujemy do otoczenia. Mamy plecaki, wytarte, krótkie jeansy i wygodne koszulki, gdzie większość chodzi w eleganckich koszulach i zwiewnych sukienkach. Zdaję się nawet, że kelnerzy spostrzegają nas ciut inaczej niż resztę. W pierwszej restauracji odprawiają nas nawet z kwitkiem twierdząc, że nie mają miejsc – pomimo że widzimy wiele wolnych stolików. Nam już wszystko jedno, chcemy tylko dobrze się najeść po dniu pełnym wrażeń. 

Licząc, że to koniec naszych przygód siedzimy w Port de Pollença do nocy. Zaliczamy krótką kąpiel w morzu, obserwując ciąg migoczących daleko światełek aut, które zjeżdżają z Cap de Formentor. 



Trochę im zazdrościmy. Zachód słońca z tego punktu widokowego to coś, co koniecznie trzeba zobaczyć. Żałujemy trochę, że szukaliśmy mechanika po wsiach, tracąc przy tym kolejne godziny, które mogliśmy wykorzystać na ten przylądek. 

Około 23 żegnamy się z Port de Pollença – chociaż nie na długo. 

Podczas powrotu kask Kamila ponownie odmawia współpracy, więc zamieniamy się nim i teraz to ja muszę znosić odbijanie się szybki od mojego czoła. Jest to denerwujące, ale z drugiej strony jestem tylko pasażerem. Wytrzymam.



PUSTY BAK POŚRODKU MAJORKAŃSKICH GÓR

Chłód sprawia, że droga do domu jest naprawdę nieprzyjemna. Nie spodziewaliśmy się, że nocą, jadąc przez Majorkańskie pola może być tak zimno. Dodatkowo totalna ciemność i brak aut na drodze daje nam powoli do myślenia. Chyba się zgubiliśmy. Kiedy tu jechaliśmy za dnia, droga wyglądała inaczej. Podążała w bliskiej odległości od autostrady, a teraz mijamy znaki ostrzegające przed spadającymi z gór głazami. 

Zatrzymujemy się kolejny raz, tym razem w ciemnym lesie na zboczu jednej z gór na Majorce. Jest noc. Dookoła panuje cisza. Lampy naszych skuterów i odpalone telefony są jedynymi źródłami światła. Między drzewami dostrzegamy oświetlone miasteczko, z którego zboczyliśmy. Jesteśmy dosyć wysoko. GPS znowu pokazał nam nie tę drogę, którą powinniśmy jechać. 

Kolejna dyskusja. Droga w górach, którą już od dłuższego czasu jechaliśmy podąża do jakiegoś miasteczka. Na domiar złego –  gdyby nasz dzień już nie był nieprawdopodobną przygodą – nasz skuter nagle pokazuje brak paliwa. Wskaźnik leży na czerwonym polu. Już dzień wcześniej zdaliśmy sobie sprawę, że wskaźnik paliwa jest trochę pokręcony i trzeba patrzeć na niego z przymrużeniem oka, ale teraz, będąc na totalnym pustkowiu, z dala od jakiegokolwiek miasta łapie nas przerażenie. Jedziemy dalej, czy zawracamy? 

Zawracamy. 


Jadąc z góry spalimy o wiele mniej paliwa. W najgorszym wypadku zjedziemy z pustym bakiem. Zdaję mi się, że podczas drogi w dół zaczynam się modlić. Czuję zmęczenie. Jesteśmy na nogach od rana. W największy upał przemierzaliśmy góry, zwiedzając ruiny zamku. Później walka z uszkodzonym skuterem. Nawet tak błahe rzeczy, jak kąpiel w morzu, również potrafi wymęczyć. Pragnę szczerze znaleźć się w hostelowym łóżku. Jak się później okazuje, nie byłam jedyną, która się o to modliła. 


Dojeżdżamy do Pollença. Stacja benzynowa jest w pobliżu, więc czym prędzej na nią pędzimy. Rzucamy się na dystrybutor, jakbyśmy sami byli spragnieni. Tylko, że coś nie gra. Dystrybutor nie chce się zresetować. Cały czas pokazuje ostatnio nalane litry benzyny. Pukamy do kobiety siedzącej w budynku stacji. Pokazuje nam, że stacja benzynowa już jest zamknięta. 

Z wyczerpania – prawdopodobnie bardziej psychicznego, niż fizycznego – opadamy na krawężnik chodnika. 


Wiele stacji na Majorce zamyka się po 22:00, więc jeżdżąc nocą warto mieć to na uwadze i zatankować bak o odpowiedniej porze. 

Gasną światła stacji benzynowej, a my myślimy co robić dalej. Nie dojedziemy do domu. Z Pollença do Palmy mamy ponad 50 kilometrów. Przeglądamy mapę w telefonie w poszukiwaniu kolejnej stacji. Jest jedna w Inca, miasteczku niedaleko Pollença. Tylko nie mamy pewności, czy aby na pewno jest otwarta. Poza tym od Inca dzieli nas jakieś 25 kilometrów. 




NADZIEJĘ NA DZISIEJSZY POWRÓT DO DOMU, DAJE NAM OBCY MĘŻCZYZNA

Po krótkiej rozmowie z nim dowiadujemy się, że całodobową stację znajdziemy w Sa Pobla, 15 kilometrów od Pollença. Nie mamy innego wyjścia, jak wsiąść na drugi skuter i jechać nim po paliwo. Facet sięga ze swojego bagażnika 5 litrowy baniak po wodzie, pozbywa się jej resztek, po czym daje ją nam, abyśmy mieli gdzie zatankować.


Jest po północy, gdy zostaję z jedną z towarzyszek na obrzeżach Pollença. Pomimo mroku, widzimy, że gdzieś po naszej prawej pnie się niewielka góra. Teraz nie widać ani szczytu, ani stojącego na nim Santuari del Puig de Maria. Niewiele ludzi przemierza uliczki miasta. 

Siedzimy ze zmęczenia zamieniając ze sobą tylko kilka zdań. Patrzymy na mapę w telefonie obliczając o której wróci reszta z baniakiem benzyny. 

W tym czasie Kamil pędzi 100 na godzinę, żeby czym prędzej dostać się do Sa Pobla. Jak się później dowiadujemy stacja benzynowa była otwarta, a reszta poszła jak z płatka. No może prócz chwili w której nasi towarzysze zdali sobie sprawę, że nie do końca wiedzą w którym miasteczku zostawili nas i skuter z pustym bakiem. Dziękować naszym czasom i wszechobecnemu internetowi, dzięki któremu mogliśmy wysłać im naszą lokalizację. 


Dzień kończymy około 3 w nocy, parkując nasze skutery tuż przy hostelu. Jesteśmy wyjątkowo zmęczeni, ale jeszcze dłuższą chwilę wspominamy z uśmiechem miniony dzień. Czy zobaczyliśmy wszystkie zaplanowane miejsca? Właściwie nie zobaczyliśmy z naszej listy nic, ale szczerze możemy szczycić się tym, że znamy lokalne drogi prawie jak tamtejsi mieszkańcy. 


Idziemy spać. Nazajutrz z rana czeka nas wizyta u mechanika i kolejne nieprawdopodobne przygody. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Adbox