Pierwsze siedemnaście lat mojego życia to Poznań. Potem wyjechałam do Danii i mieszkam tutaj już trzynaście lat. I szczerze mówiąc, dopiero z tej duńskiej perspektywy zrozumiałam, jak bardzo jesień w tym mieście różni się od jesieni gdziekolwiek indziej.
W Danii jest ładnie. No, jak nie pada. Bo kiedy jesień jest akurat deszczowa, liście gniją na drzewach szybciej, niż zdążą się porządnie zażółcić. A dzień później przychodzi sztorm. Taki urok mieszkania na samej północy Danii. I po liściach. Drzewa są totalnie łyse. Koniec jesieni. Zaczynamy zimę.
W Poznaniu jesień jest piękna. No, w reszcie Polski również, ale dzisiaj skupiamy się na moim rodzinnym mieście.
Uwielbiam te wszystkie kolory drzew. Szczególnie na Cytadeli czy Łęgach Dębińskich, gdzie chodziłam jako dziecko. Bardzo za tym tęsknię. No, może trochę mniej za dymem z kominów na Jeżycach (tak, wiem, że to się już zmienia!). Za to uwielbiam ten słodki zapach wydobywający się z piekarni na Świętym Marcinie. Albo właściwie z piekarni gdziekolwiek indziej, bo szczerze mówiąc, mamy w Polsce cudowne cukiernie i przepyszne pieczywo. I chyba dopiero mieszkając tyle lat za granicą, zaczęłam naprawdę to doceniać.
Do Poznania wracamy co roku. Kiedyś bywało to częściej, ale czas nieubłaganie leci i zabiera nam kolejne ukochane osoby związane z tym miastem. Wraz z nimi trochę wymierają też nasze korzenie.
Za każdym razem, kiedy tu jestem, łapię się na tym, że chodzę tymi samymi ulicami, którymi chodziłam jako nastolatka. Tylko dzisiaj patrzę na nie zupełnie inaczej. Czasem wręcz nie potrafię ich poznać. Poznań bardzo się zmienia. I co najważniejsze, zmienia się na lepsze.
Ten artykuł piszę więc z dwóch perspektyw naraz. Jako ktoś, kto zna to miasto, bo tutaj dorastał. I jako ktoś, kto teraz przyjeżdża do niego trochę jak turystka. Z walizką, planem na weekend i głodem tego wszystkiego, czego jako nastolatka zupełnie nie doceniałam.
Spis treści
Z czego słynie Poznań?
Z rogali? Głodnemu chleb na myśli.
Zacznijmy od podstaw, bo wielu Polaków kojarzy Poznań głównie z targami i oszczędnością. To stąd wzięło się przecież znane powiedzenie o poznaniakach. Ale to spore uproszczenie.
Miasto słynie przede wszystkim z poznańskich koziołków. Dwóch metalowych koziołków, które codziennie o dwunastej w południe wychodzą zza zegara na wieży ratusza i trykają się rogami.
Legenda mówi o kuchciku, który przed ważną ucztą spalił pieczeń. W akcie desperacji ukradł więc dwa koziołki pasące się nieopodal. Zwierzęta uciekły na wieżę ratusza i tam zaczęły się trykać. Całe miasto zebrało się, żeby popatrzeć na to zamieszanie. Kuchcikowi ponoć darowano winę, a koziołki zostały symbolem miasta na stałe.
Do teraz mam zdjęcie klasowe pod koziołkami. Jest też kolejne z wujem i ciocią, kiedy przyjechali zwiedzać Poznań. I jeszcze trzecie z… nieważne. Mam dużo zdjęć pod koziołkami.
Miasto jest też silnie związane z Powstaniem Wielkopolskim z przełomu 1918 i 1919 roku. Było to jedyne zwycięskie polskie powstanie, a mimo to poza Wielkopolską mówi się o nim zaskakująco mało.
I wreszcie Poznań to miasto targów, biznesu i pragmatyzmu. Zresztą poznaniacy sami chętnie z tego żartują, powtarzając, że oszczędność mają we krwi.
Jesienią do tego wszystkiego dochodzi jeszcze jedno. Święto, które w Poznaniu jest ważniejsze niż chyba gdziekolwiek indziej w Polsce.
11 listopada to tutaj nie tylko Święto Niepodległości, ale przede wszystkim dzień świętego Marcina, patrona miasta.
Ale o tym więcej przy jedzeniu, bo rogale zasługują na osobny akapit.
Skąpy, jak Poznaniak? Skąd to powiedzenie?
Poznań przez ponad sto lat, od rozbiorów aż do 1918 roku, był pod zaborem pruskim. A Prusacy mieli kult porządku, punktualności i liczenia każdego feniga. Poznaniacy żyli w tym systemie na tyle długo, że część niemieckiej mentalności po prostu zostawiła w nich ślad. Pracowitość, solidność, dbałość o porządek – to jedna strona medalu. Druga to właśnie ta nadmierna skłonność do oszczędzania, o której językoznawcy z Uniwersytetu Adama Mickiewicza piszą wprost w naukowych opracowaniach gwary miejskiej Poznania. Stereotyp jest na tyle mocno zakorzeniony w języku, że trafił nawet do słowników – jako jedna z najczęściej przypisywanych poznaniakom cech.
Ale jest w tym pewna ironia. Bo to właśnie ta wielkopolska zapobiegliwość sprawiła, że region po zaborach i wojnach odbudowywał się szybciej niż inne części Polski. Skąpstwo, które wyśmiewają dowcipy, w praktyce bywało po prostu zdrowym rozsądkiem gospodarczym. Ciułanie grosza do grosza. Nic efektownego.
I teraz siedzę w Danii, gdzie – swoją drogą – też nie szasta się pieniędzmi bez sensu, i słyszę od znajomych, że my z Kamilem jesteśmy „skąpi jak poznaniacy”. Śmieję się z tego, ale w środku myślę sobie, że to raczej komplement. Bo jeśli ktoś liczy wydatki, zanim wyda, to zazwyczaj nie jest cechą, za którą trzeba przepraszać.
Jakie atrakcje warto zobaczyć jesienią w Poznaniu?
Stary Rynek
Stary Rynek jesienią wygląda inaczej niż latem. Mniej turystów, mniej gwaru, za to kamieniczki – w odcieniach ochry, błękitu i czerwieni – odbijają się w kałużach po deszczu tak, że aż chce się robić zdjęcia. Warto usiąść w jednej z kawiarni z rozgrzewającą herbatą i po prostu popatrzeć, jak miasto żyje własnym rytmem. A punktualnie o dwunastej zadzierać głowę do góry na koziołki.
Palmiarnia Poznańska
Zaczynam od niej, bo to mój osobisty numer jeden na zły dzień. Mieści się w Parku Wilsona i jest jedną z największych palmiarni w Europie. Kilkaset gatunków roślin z całego świata i ryby wszystko pod szklanym dachem, w wilgotnym, ciepłym powietrzu. Wchodzisz z zimna i mżawki, a po kilku minutach masz wrażenie, że wylądowałaś w zupełnie innej szerokości geograficznej. Pamiętam wycieczki szkolne właśnie tutaj, wtedy nudziły mnie te wszystkie łacińskie nazwy roślin, dziś chętnie usiadłabym na ławce w środku i posiedziała godzinę dłużej. Duszno, zielono, jak w tropikach. Idealne na popołudnie, kiedy za oknem leje.
Cytadela
Kto lubi kolory, powinien jesienią wybrać się na Cytadelę. To największy park w Poznaniu, założony na terenie dawnego fortu Winiary z Parkiem Wielkopolskim Cmentarzem Wojennym i dwoma muzeami wojskowymi. Drzewa mienią się tam w październiku i listopadzie wszystkimi odcieniami żółci i czerwieni, a alejki są na tyle rozległe, że nawet w weekend znajdziesz kawałek dla siebie. Rajski kontrast dla kogoś, kto na co dzień patrzy na duńskie, płaskie pola. Mój ukochany zabrał mnie tam kiedyś na randkę do restauracji Umberto z mega tropiklanym klimatem i pysznym jedzeniem, więc polecam serdecznie!
Łęgi Dębińskie i Park Sołacki
Podobnie jest na Łęgach Dębińskich. To jedno z tych miejsc, które znam jeszcze z dzieciństwa, dlatego mam do niego zupełnie inny stosunek niż do atrakcji, które odkrywam podczas podróży. Nie przychodzę tutaj po to, żeby coś „zaliczyć”. Po prostu dobrze mi się tutaj chodzi.
Jeżeli macie więcej czasu, warto też zajrzeć do Parku Sołackiego. Szczególnie rano albo późnym popołudniem, kiedy robi się spokojniej.
Rogalowe Muzeum Poznania
Stoi praktycznie naprzeciwko ratusza, więc nawet nie trzeba planować dodatkowej trasy. W środku czeka pokaz, podczas którego nauczysz się gwary poznańskiej, historii świętego Marcina i – co najważniejsze – sztuki zwijania prawdziwego rogala świętomarcińskiego.
Muzeum Narodowe w Poznaniu
To jedno z najstarszych i największych muzeów sztuki w Polsce, z kolekcją, która zaczęła się jeszcze w XIX wieku od zbiorów Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Na ścianach wiszą Malczewski, Wyspiański, obok nich europejscy dawni mistrzowie. Nie trzeba znać się na sztuce, żeby to docenić. Wystarczy usiąść na chwilę na ławce pod dużym płótnem i po prostu odpocząć od pogody za oknem.
Centrum Kultury ZAMEK
Mieści się w dawnym Zamku Cesarskim, wybudowanym na początku XX wieku dla Wilhelma II. Budynek sam w sobie jest atrakcją, zanim jeszcze zobaczysz program w środku. Dziś to kino, galerie, teatr i miejsce koncertów w jednym, z wystawami zmieniającymi się na tyle często, że warto sprawdzić repertuar tuż przed wizytą. Wnętrza są monumentalne, trochę przytłaczające, ale w dobry sposób. Czuć, że to miejsce miało kiedyś reprezentować potęgę cesarstwa. Dziś reprezentuje raczej poznańską scenę kulturalną, co i tak jest niezłym zwrotem akcji.
Muzeum Instrumentów Muzycznych
Stoi przy Starym Rynku 45, więc łatwo wpaść tu między jednym a drugim punktem trasy. To jedno z najstarszych tego typu muzeów w Europie, z kolekcją instrumentów ludowych i klasycznych, wśród których znajduje się nawet fragment fortepianu związanego z Chopinem. Cicho, kameralnie, trochę jak wejście do czyjejś prywatnej kolekcji. Miłośnicy muzyki spędzą tu spokojnie godzinę, reszta – piętnaście minut, i też wyjdzie zadowolona.
Muzeum Sztuk Użytkowych w Zamku Królewskim (Zamku Przemysła)
Budynek stoi na Wzgórzu Przemysła, z wieżą wysoką na czterdzieści trzy metry, z której przy dobrej pogodzie roztacza się widok na całe miasto. No przy złej zostaje sama wystawa, ale też jest tego warta. To jedyne w Polsce miejsce poświęcone w całości sztuce użytkowej: meble, szkło, porcelana, zegary, w osiemnastu salach na czterech kondygnacjach. Blisko dwa tysiące eksponatów, od średniowiecza po współczesność. Chodzisz po historii przedmiotów codziennego użytku i nagle łapiesz się na myśli, że nasze babcie miały gust.
Muzeum Archeologiczne w Poznaniu
Muzeum znajduje się w renesansowym Pałacu Górków przy ulicy Wodnej. Najbardziej zaskakuje kolekcja egipska (przynajmniej mnie). Są mumie i zabytki starożytnego Egiptu. Obok niej prehistoria Wielkopolski i rekonstrukcja dawnej łodzi-dłubanki.
Szczerze, trochę mi się nie spodobało, że zakazaliście mi robić zdjęć w jakiejkolwiek ze sal, ale postaram się wybaczyć.
Centrum Szyfrów Enigma
To miejsce ma w sobie coś z dobrego filmu szpiegowskiego, tyle że prawdziwego. Stoi na rogu ulic Święty Marcin i Kościuszki, dokładnie tam, gdzie przed wojną mieściła się poznańska filia Biura Szyfrów. Ta sama, w której pracowali Marian Rejewski, Jerzy Różycki i Henryk Zygalski, matematycy, którzy złamali kod Enigmy jeszcze przed wybuchem wojny. Zwiedza się z audioprzewodnikiem, w małych grupach, przechodząc przez multimedialną wystawę poświęconą historii kryptografii. Wystawiona jest tam nawet oryginalna niemiecka maszyna szyfrująca. Zwiedzający spędzają tu średnio dwie, dwie i pół godziny, rekordzistka podobno ponad pięć, i obiecała, że jeszcze wróci.
Poza tym, jeśli szukasz czegoś bardziej niecodziennego, w Poznaniu znajdziesz też Muzeum Czekolady z warsztatami, na których samemu robi się słodycze – dobra opcja na deszczowe popołudnie, zwłaszcza z dzieckiem albo partnerem, który uwielbia słodycze bardziej niż zabytki. Ciekawą alternatywą jest też spacer po mieście połączony z grą o tematyce szpiegowskiej, prowadzony przez przewodnika – coś w rodzaju questu po śladach poznańskich tajemnic, który świetnie uzupełnia wizytę w Centrum Szyfrów Enigma. A jeśli wolisz po prostu iść, słuchać i nie martwić się o żadną logistykę, klasyczny dwugodzinny spacer z przewodnikiem po Starym Mieście i Ostrowie Tumskim zdaje egzamin równie dobrze, zwłaszcza dla kogoś, kto jest w Poznaniu pierwszy raz i chce usłyszeć te wszystkie historie na żywo, a nie wyczytać je z tablicy informacyjnej.
Co warto zjeść w Poznaniu?
I tym samym dochodzimy do tego, co dla mnie – i chyba dla każdego poznaniaka – jest sercem jesieni w tym mieście. Rogal świętomarciński.To nie jest zwykły rogal z makiem. I mówi wam to córka, poznańskiego cukiernika.
To pieczywo z ciasta półfrancuskiego, nadziewane masą z białego maku, orzechów, rodzynek i kandyzowanych owoców. Dziś rogale świętomarcińskie mają unijną ochronę nazwy. Prawdziwy może nosić tę nazwę tylko wtedy, gdy powstał według ściśle określonej receptury. 11 listopada w samym Poznaniu sprzedaje się ich podobno kilkaset ton w jeden dzień. My rzadko jesteśmy akurat w listopdzie w Polsce, więc no cóż… jemy rogale poza świętem, bo kto nam zabroni. I zawsze w naszej ulubionej cukierni na świętym Marcinie, gdzie możecie kupić świeżutkie każdego dnia i nawet ciepłe jak sie trafią! Namiar podajemy tutaj, bo czemu nie dzielić się pysznymi rzeczami, które z całego serce polecamy! Słodki Kącik, Święty Marcin 26
Poza rogalem warto spróbować kuchni wielkopolskiej w jej bardziej codziennej odsłonie. Pyry z gzikiem, czyli ziemniaki z twarogiem, szczypiorkiem i odrobiną śmietany, to danie, które w Poznaniu pewnie połowa miała na telarzu co najmniej raz w tygodniu (przynajmniej, ja tak miałam). Do tego szagówki (chociaż u mnie mówiło się po prostu kopytka, pomimo, że rodzina pochodziła z Wielkopolski), kluski kładzione, które najlepiej smakują polane tłuszczem ze skwarkami. Klasyka to też kuchnia obiadowa w tradycyjnych jadłodajniach w okolicach Starego Rynku, gdzie na talerzu zawsze znajdzie się schab, kapusta i porządna porcja sosu.
Na deser polecam głównie to co znam, bo mój tata jest wręcz specjalistą w tych ciastach, czyli ciasto Brzdąc, krótko mówiąc biszkopt przekładany kremem kakaowym. Oczywiście również Sznekę z Glancą, czyli drożdżówkę, a także Babkę Poznańską. A jesienią, gdy robi się chłodno, nic tak nie rozgrzewa jak kubek grzańca albo mocnej herbaty w jednej z licznych kawiarni na Jeżycach, bo to dzielnica, która w ostatnich latach zrobiła się modna wśród samych poznaniaków, nie tylko turystów.
Poznań City Card. Zaoszczędź na atrakcjach w Poznaniu
Jeśli czytasz tę listę i liczysz w głowie, ile by to wszystko kosztowało osobno, mam dla Ciebie skrót. Istnieje coś takiego jak Poznań City Card – jedna karta, ważna od doby do trzech, która daje darmowy wstęp do dwudziestu jeden atrakcji w mieście i okolicy, w tym właśnie do Muzeum Archeologicznego, Muzeum Instrumentów Muzycznych i Muzeum Sztuk Użytkowych w Zamku Przemysła, o których pisałam wyżej. Do tego dochodzą zniżki – między innymi na Centrum Szyfrów Enigma i Muzeum Czekolady – oraz darmowa komunikacja miejska w Poznaniu i powiecie poznańskim, co samo w sobie potrafi zaoszczędzić więcej, niż się wydaje przy planowaniu weekendu. Dla kogoś, kto przyjeżdża na dwa, trzy dni i chce zobaczyć więcej niż tylko Stary Rynek, to zwyczajnie się kalkuluje – nie trzeba osobno liczyć biletów do każdego muzeum ani szukać przystanku na mapie. Warto tylko przed zakupem sprawdzić, które konkretnie miejsca z listy Cię interesują, bo nie każde muzeum w mieście jest w niej ujęte. Ale jeśli plan na weekend to właśnie muzealne maratony na zmianę z parasolem, karta się zwraca.
Weekend w Poznaniu – dla kogo, kiedy i jak długo
Jeśli mieszkasz w Poznaniu, ten artykuł to może być tylko przypomnienie, że warto od czasu do czasu spojrzeć na własne miasto oczami turysty. Zamiast jechać w weekend gdzieś dalej, wystarczy przejść się na Cytadelę z termosem herbaty albo wybrać się do Palmiarni, kiedy za oknem leje.
Jeśli natomiast przyjeżdżasz z zewnątrz i zastanawiasz się, czy Poznań to dobry pomysł na jesienny weekend, to odpowiedź brzmi: tak, i to bez wahania. Dwa dni w zupełności wystarczą, żeby obejść Stary Rynek, Ostrów Tumski i Cytadelę, a wieczorami zjeść w jednej z jadłodajni w centrum. Miasto jest kompaktowe, większość atrakcji leży w zasięgu spaceru, a jeśli traficie akurat na weekend bliski 11 listopada, dostajecie w pakiecie jeszcze jarmark i rogale prosto z pieca. Trudno o lepszy zbieg okoliczności.